Wydrukuj tę stronę
niedziela, 27 wrzesień 2026 13:34

Zwycięstwa cieszą, porażki uczą...

Inauguracyjny pierwszoligowy wyjazd BS Polonii przyniósł mieszane uczucia, bo przegrana boli, ale wiele pokazuje.
 
W stargardzkiej hali głośno mówiono o osłabieniu Spójni brakiem Piotra Niedźwiedzkiego i Silasa Sundaya, ale w trakcie prezentacji na miarę wielkiego wydarzenia (przyciemnione światła i ogień na ledach) przedstawiono nowego zawodnika, Amerykanina Simeona Cottle'ego. W składzie Królowej Śląska był już wracający po kontuzji Michał Medes. Pierwszą piłkę wygrał Piotr Karpacz i Polonia rozpoczęła ostro, bo po znakomitej asyście właśnie Karpacza Kacper Indyk zapunktował wsadem! Pierwszy punkt dla gospodarzy zdobył Jarosław Mokros, ale szybko Robert Glasper trafił najpierw za 2 i zaraz za 3 na 6:2 dla Spójni. Kolejna dobra asysta, tym razem Krzysztofa Wąsowicza, i Karpacz z bliska zmniejszył na 6:4. Potem Szymon Szmit po końcowej linii doszedł pod tablicę i trafił zza obręczy (8:4), a na dodatek Wojciech Siembiga zaliczył dwie „trójki” (!) i nasz coach wziął czas. Niewiele ponad 3 minuty gry przyniosły 14:4, a wyszło na to, że Stargardzianie wykorzystali 5 na 5 rzutów z gry. Po time oucie Poloniści próbowali „trójek”, ale Devin Hutchinson trafił „dwójkę” mimo faulu rywala, ale już nie podwyższył.
 
Następną „dwójkę” zdobył Wąsowicz. Gdy Jarosław Giżyński trafił oba wolne, z początkowej nawałnicy gospodarzy zrobiło się tylko 14:10, ale Wojciech Czerlonko podniósł na 16:10. Hutchinson poszedł sam po dwa, jednak Igor Wadowski odpowiedział trzema (19:12). Wynik pierwszej kwarty - 21:12 - „osobiście” ustalił Czerlonko. Tenże Czerlonko otworzył konto drugiej odsłony, choć piłka do kosza nie wpadła, jednak sędziowie stwierdzili nieregulaminowe zbicie. Sean Biernacki swoim specyficznym łukiem trafił dwa wolne, ale kolejne dwa „oczka” - bez podziału - zdobył z bliska środkowy rywali, Aleksander Jęch. Niezmordowany Glasper po kolejną „dwójkę” poszedł solo, a Giżyński po asyście Biernackiego. Dwoma odpowiedział Wojciech Siembiga, na co też dwoma po zwodach Giżyński. Z miejscową publicznością najlepiej jak mógł przywitał się Cottle - zza łuku na 32:18. Potem był „dwójkowy” ping-pong; Leszczyński solo - Mokros na raty i Cottle z wolnych - Biernacki lobem, a przerwał to... „jedynką” Mokros. „Jedynką” zaraził się Karpacz, ale zaraz z obrotu trafił za dwa. Dobitką na 39:25 popisał się Jęch, ale wtedy Indyk trafił dwa razy zza 6,25! Gospodarze odpowiedzieli, choć po „dwójce” Glaspera wzięli czas, po którym Wadowski trafił dwa razy z czterech wolnych. Indyk trafił trzecią „trójkę”, a Wadowski znów „jedynkę” co dało 44:34 na dużej przerwie, ale rywale w drugiej kwarcie dołożyli tylko punkt przewagi.
 
Po powrocie z szatni pierwszy trafił Szmit, a potem Wąsowicz, a Siembiga niestety za trzy na 49:36. Hutchinson dwa razy z linii, a Cottle po zwodach, potem Karpacz spod kosza i Biernacki z linii na 51:42. Szmitowi zza łuku ręka nie zadrżała, a Indykowi po raz czwarty z dystansu też nie. Gdy Biernacki znów był bezbłędny „osobiście”, mieliśmy tylko 7 pkt straty (54:47), ale gospodarze byli bezlitośni: 6 pkt solidarnie podzielili Glasper, Czerlonko i Siembiga, choć między ich trafieniami mieliśmy blok Karpacza na Mokrosie i podobnie Konrada Dawdy na „zamaskowanym” Jakubie Karolaku. Ciągle bezbłędny „osobiście” był Biernacki, a zaraz takież dwa punkty dołożył Giżyński, ale zapatrzył się na naszych Karolak, a jeszcze dwa dodał wijący się Glasper. „Dwójka” Hutchinsona zamknęła pierwsze 30 minut na 64:53, czyli kolejne „oczko” do przodu dla Spójni.
 
Początek czwartej kwarty to faul na Hutchinsonie przy rzucie za trzy, ale punkty dwa. Potem oba wolne wykorzystał Wadowski, a jednego Dawdo. Karolak przechwycił na swojej połowie i już nie dał się dogonić (68:56), na co Wąsowicz z półdystansu, a Indyk w dość ekwilibrystyczny sposób, ale bez dalszego ciągu po faulu, jednak było dosyć blisko - 68:60. Jęch skarcił nas wsadem, ale Biernacki odpowiedział solo. Karolak trafił spod kosza, ale „trójki” nie poskładał, a Hutchinson poskładał i było 72:65. Natchniony Glasper zdobył następne 6 pkt dla gospodarzy, a przerywał mu Giżyński za 3 i po czasie za 2 - 78:70 na 160 sekund przed końcem, kiedy dwa wolne trafił Siembiga. Dwoma z obrotu zmniejszył Biernacki, ale Glasper odjechalł dwoma z linii. Karpacz dwa spod kosza, ale Glasper też dwa! Bezbłędny dotąd z linii Biernacki trafił raz i trener Bacik wziął przerwę, a o czas na czas poprosił zaraz coach gospodarzy. Kolejne trafienie dla miejscowych - Karolak solo, a Wąsowicz dwa wolne, jednak Glasper też dwa, a na
koniec Dawdo na dziewięciopunktowe zwycięstwo Spójni.
 
Taka przegrana na terenie drużyny, która w minionym sezonie niemal do końca walczyła o Ekstraligę, ujmy nie przynosi, a wręcz pokazuje, że Królowa Śląska może walczyć z każdym. Jak to często bywa beniaminek musi zapłacić frycowe, ale takie porażki uczą, bo bardziej ograni w 1. lidze przeciwnicy wykorzystają każde zawahanie. Bardzo szkoda że Kacper Indyk zszedł z parkietu z urazem. Mimo dalekiej podróży mocno w stargardzkiej hali słychać było
niezawodnych kibiców BS Polonii!
 
PGE Spójnia Stargard 88:79 BS Polonia Bytom (21:12, 23:22, 20:19, 24:26)
 
Polonia: Indyk 16 (4x3), Biernacki 15, Hutchinson 13, Giżyński 13 (1x3), Karpacz 9, Wąsowicz 8, Dawdo 3, Leszczyński 2, Medes, Zub.
 
Najwięcej dla gospodarzy: Glasper 25 (1x3), Siembiga 15 (3x3).
 
Następny mecz w sobotę, 3 października, w Hali na Skarpie z ŁKS-em Coolpackiem Łódź. Początek o... 13.00.